wtorek, 19 kwietnia 2016

Rozdział dwudziesty siódmy.

Z Mistrzostw Europy wróciliśmy w dobrych humorach. Każdy z zawodników dostał trzy dni wolnego od swoich klubów przed rozpoczęciem plusligowych zmagań. Jesteśmy właśnie w drodze do Ostrołęki.
- Nie denerwuj się skarbie, wszystko będzie dobrze.
- Ja się denerwuję?! No co Ty! Czym tu się denerwować, że zaszłam z Tobą w ciążę przez przypadek i to jeszcze wtedy kiedy byliśmy na ścieżce wojennej. A teraz muszę tylko powiedzieć o tym rodzicom. Rzeczywiście, nie mam się czym denerwować. - spojrzałam spod byka na Bartka, który siedział za kierownicą swojego Audi.
- Oj, dobra już się nie odzywam nic. - ucałował moją dłoń, a potem skupił się na drodze.


- Czeeeść! Jesteśmy! - krzyknęłam od progu. Mama miała urlop, a tata akurat wrócił rano z dyżuru.
- Dzieci! Nareszcie! - przywitała nas moja mama, będąc w kuchennym fartuszku. - Przepraszam za mój strój, ale robię obiad. Myślę, że za godzinkę powinien być gotowy. Napijecie się czegoś?
- Mamooo, spokojnie, nie panikuj i nie zapominaj, że wiem gdzie co jest. - zaśmiałyśmy się - Tata! - krzyknęłam. Sądzę, że obudziło to zmarłego z grobu, a bębenki w bartkowym uchu zostały mocno pokiereszowane. Przytuliłam się z całych sił do taty.
- No już, już bo mnie udusisz. Daj mi się przywitać z Twoim chłopakiem. Dzień dobry Bartku i gratuluję zdobycia brązowego medalu. Pokonać Rosjan to zawsze liczy się podwójnie. - mężczyźni uścisnęli sobie dłonie. Po chwili rozmowy z rodzicami, razem z Bartkiem poszliśmy do mojego pokoju.
- O, tu jeszcze nie byłem. - zaśmiał się i walnął na łóżko.
- Tak się nie rozkładaj, bo zaraz obiad.
- Sądzisz, że powinniśmy ochrzcić Twoje łóżko?
- Już jedno ochrzciłeś tak, że za niedługo będziesz musiał dzidzie chrzcić. - wysyczałam z lekką histerią.
- Gabi... - wypuścił głośno powietrze ze swoich ust - Myślisz, że mi nie jest ciężko? Nadal szczerze mówiąc jestem w szoku, delikatnie mówiąc. Ale wiem, że musimy się wziąć w garść, bo za kilka miesięcy nie będziemy sami. Wiedz kochanie, że dzięki Wam jestem szczęśliwy. I po raz pierwszy w życiu jestem w stanie powiedzieć, że jest coś ważniejszego dla mnie niż siatkówka. - jego słowa mnie bardzo uspokoiły. Pewnie jeszcze nie raz spanikuję, ale na razie jestem dobrej myśli. - Myślisz, że powinienem przyjść do Twoich rodziców i poprosić ich o Twoją rękę?
- W sumie nie głupi pomysł. Carl tego nie zrobił z racji kilometrów, a myślę, że mama cały czas jednak liczy na takie celebry. - zaśmiałam się.
- Cholera! Ale to się daje jakieś kwiaty i jakiś alkohol czy coś. A ja nic nie mam!
- Nie panikuj. Skoczymy tak szybko do kwiaciarni i jakiegoś alkoholowego i wrócimy. Co Ty na to?
- A co z obiadem?
- O to się nie martw. Ja to załatwię. - wzięłam torebkę i pociągnęłam go na dół. - Mamo?
- Tak Gabi?
-  Za ile będzie obiad?
- Z uwagi na to, że przegotowałam szparagi to za jakąś dobrą godzinę nadal. Muszę skoczyć do sklepu je kupić.
- O to my je kupimy. Musimy i tak coś załatwić. Coś jeszcze potrzeba?
- Wino. - dodała i zniknęła w kuchni.


- Wiesz co? Teraz to ja się denerwuję. - spojrzałam na Kurka, któremu tak się ręce trzęsły, że to ja musiałam prowadzić w drodze powrotnej do domu.
- Chyba najważniejsze, że ja już się zgodziłam. - pomachałam mu ręką przed nosem, pokazując pierścionek.
- No tak, teraz to już pikuś. - krzywo się uśmiechnął. Zajechaliśmy na podjazd przed garażem. Wysiadając, zrobiło mi się ciemno przed oczami i usiadłam na ziemi. - Gabi! Wszystko okej? - w mgnieniu oka znalazł się przy mnie Bartek.
- Tak. Tylko mi się w głowie zakręciło.
- Chodź, zaniosę Cię do domu. - jak powiedział, tak zrobił. Mama zrobiła wielkie oczy, a tata zaraz mierzył mi ciśnienie. Było troszkę za wysokie.
- Jak się czujesz?- spytała mama, klękając przy mnie. - Na pewno wszystko w porządku?
- Tak, wszystko jest dobrze. Mogę wody? - Bartek od razu podał mi szklankę z cieczą. - Chyba musimy Wam o czymś powiedzieć. - wygodnie usiadłam i poklepałam miejsce obok siebie na znak, żeby Bartek zasiadł obok mnie.
- Coś się stało? - spytał tata i usiadł w fotelu, a mama poszła w jego ślady.
- Nie. Chociaż jednak tak. - odezwał się Bartek.
- Mamo, tato, chyba musicie szykować się na przyjęcie kolejnego wnuka do naszej rodzinki.
- Aga jest w ciąży? - mama rozpromieniła się.
- Nie mamo. Ja. - cisza. Najdłuższa jaką w życiu słyszałam. Mama zrobiła jeszcze większe oczy niż wcześnie, a tata wpadł w zadumę.
- Powiedzą coś państwo? - Bartek przerwał ciszę. Wiedziałam, że to nie jest dobry pomysł, żeby się odzywał.
- A co mamy powiedzieć według Ciebie, Bartoszu Kurku? - tata wbił wzrok w przyjmującego. Oj, to chyba nie dobrze.
- Tato, tylko spokojnie. Świat mi się nie zawalił, a wręcz przeciwnie. Okej, przyznam się, wpadliśmy. Ale przecież to nie oznacza zawsze coś złego. - uśmiechnęłam się do rodziców z nadzieją, że będą jednak trochę wyrozumiali. Bartek, przeprosił nas na chwilę i wyszedł z domu. Nawet chyba wiem po co.
- Jak Wy to sobie teraz wyobrażacie? Gabi, przecież to dziecko...
- To dziecko powstało z miłości i na pewno je urodzę. - przerwałam mojej rodzicielce.
- W to nie wątpię. - w końcu na twarzy taty zobaczyłam uśmiech. Chyba nawet wiem dlaczego. Bartek stał w drzwiach z pięknym bukietem kwiatów i jednym z droższych whiskey, które można było dostać w sklepie. Chciałam wstać, ale mi nie pozwolono. Rodzice ruszyli się ze swoich miejsc i stanęli obok siebie przed Bartkiem. Wyglądało to dość dziwnie.
- Ja wiem, że teraz może to mało odpowiedni moment i pewnie państwo sobie pomyślą, że robię to tylko, bo Gagi jest w ciąży, ale ja ją na prawdę kocham. W zasadzie to ich. Dzięki niej mogę powiedzieć szczerze, że jest dla mnie coś, a raczej ktoś ważniejszy niż sport. Dlatego chciałbym zapytać czy ofiarują mi państwo rękę swojej córki? - serio, myślałam, że walne tam ze śmiechu. Rodziców miny były bezbłędne. Mamie wręczył kwiaty, a tacie whiskey. Chyba trafił, bo mamie oczy się zaświeciły na widok bukietu, a tata się zaśmiał.
- Bartku, cieszy mnie to, że chcesz być odpowiedzialny za moją córkę i naszego wnuka, więc jak najbardziej przystaniemy z mężem na Twoją propozycję. - mama przytuliła serdecznie Bartka.
- A co Ty Gabrysiu na to? - tata zwrócił się do mnie.
- No ja już się zgodziłam. - pokazałam im pierścionek na placu. Nawet nie macie pojęcia jak mi ulżyło. Chociaż coś potoczyło się dobrze. Resztę dnia spędziliśmy na rozmowie co dalej. Mama już oczywiście zaczęła planować nasz ślub. Oznajmiłam jej, że w ciąży do ślubu nie pójdę, podając prosty powód 'BO NIE'. Teraz tylko wystarczyło pojechać do Nysy i powiadomić o wszystkim rodziców Bartka. Ciekawe co sobie pomyślą. Przecież widzieli mnie tylko jeden raz. I to jeszcze bodajże wtedy kiedy byłam pokłócona z Bartkiem. No nic. Co ma być, to będzie.


Zajechaliśmy do Nysy późnym popołudniem. Denerwowałam się jeszcze bardziej niż wczoraj. Czułam od rana w kościach, że to nie będzie dobry dzień. Coś mi mówiło, że będzie źle. Niestety chyba wykrakało. W drodze strzeliła nam opona, a ja rozbiłam telefon. Weszliśmy do Bartka domu, potknęłam się w progu. Pech. Kuba się z nami przywitał, a potem państwo Kurek. Zjedliśmy kolację i usiedliśmy w salonie. Rozmowa jako tako się kleiła. Kuba wściekał się z Bartkiem. Widać, że są ze sobą zżyci.
- Gabrysiu, napijesz się ze mną wina? - spytała mama Bartka. No to się teraz wyda.
- Dziękuję, ale nie mogę pić alkoholu.
- Jakiś konkretny powód czy po prostu nie pijesz z wyboru? - skłamać nie wypada, bo to w końcu przyszła teściowa.
- No bo my właściwie to musimy Wam chyba o czymś powiedzieć. - wtrącił się Bartek. - Niedługo z Gabi zostaniemy rodzicami.
- Słucham?! - tata Bartka wstał ze swojego miejsca, podnosząc głos.
- Będą Państwo mieć pierwszego wnuka lub wnuczkę za jakieś siedem miesięcy.
- To cudownie! - mama Bartka zdecydowanie była zadowolona z tej informacji. Przytuliła mnie, a potem swojego syna.
- Jakie cudownie?! Czy Ty siebie słyszysz kobieto?! Bartek nie może mieć teraz dzieci! Jest w najwyższej światowej formie, a przez jakiegoś bachora nie będzie się mógł całkiem oddać siatkówce! Zresztą mogę się założyć, że złapałaś go na dziecko. - zwrócił się do mnie. Czułam jak z każdymi słowami pana Kurka, moje serducho pęka. Wiedziałam, że Bartek ma w nim autorytet i obawiałam się najgorszego. Nic nie mówiąc i nie chcąc już tego słuchać, wzięłam swoją torebkę i kluczyki od Bartka samochodu. Ruszyłam z podjazdu z piskiem opon. Jesteśmy niechciani. Jadę przed siebie nie zważając na prędkość i na to, że Bartek do mnie wydzwania. Wykonując manewr wyprzedzania, straciłam panowania nad autem i nad tym co się wokół mnie dzieje. Potem słyszę tylko dźwięk gniecionej blachy i krzyk. Skąd? Nie wiem.


Witaj moje Drogie i Drodzy :)
Jak tam? Wiosenne nastroje już są? Bo u mnie zdecydowanie :)
Co do dalszej części historii Gabrieli i Bartosza. Leży ona w Waszych rękach.  
Macie dwie możliwości:
1. Wydarzenia tragiczne, pozostaje do dodania jeden rozdział i epilog.
2. Wydarzenia dramatyczne, pozostaje do dodania więcej niż dwa rozdziały i epilog.
W komentarzach wpisujcie 1 lub 2 w zależności od Waszego wyboru. Czemu to robię? Bo sama się nie mogę zdecydować. Liczę na Waszą pomoc miśki :)
Mam nadzieję, że rozdział Wam się spodobał mimo to, że pisany "na kolanie" i nie zbyt długi. Jeśli do końca kwietnia nie znajdę żadnego odzewu od Was to zrobię losowanie sama :)
Dlatego zróbcie coś, żeby mnie powstrzymać. :)
Komentujcie, puszczajcie dalej, piszcie czy chcecie coś nowego to się coś tam stworzy :) I tu mała niespodzianka. Jak już dokończę tę historię i ogarnę w miarę Matt'a i Natalię, to pojawi się coś innego :)
Co do siatkówki.
Maaatkooo!!!! Resovia była tak blisko... 
Ale za to Matt za piękny na ten świat i reszta bandy z Zenitu wyrwali to złoto Włochom.
Dziękuję. Miłego po południa. 
Zaraz rozstrzygnięcia medalowe PlusLigi! Can't wait :)
Dobra kończę, bo moje "gadania" wyjdzie dłuższe niż sam rozdział.
Wasza K.